Śpiewam bo lubię Bez kategorii

Don`t kill my vibe, czyli śpiewam mojemu Krytykowi

Przymierzałam się do tego tekstu kilka razy. Za każdym podejściem mierzyłam się ze swoim Wewnętrznym Krytykiem. To jest ten głos w Twojej głowie, takie przekonania o sobie samej, które zniechęcają Cię do podejmowania działań, powodują, że zaczynasz się bać, złościsz się, smucisz i dochodzisz do wniosku, że to nie dla Ciebie, że nie ma sensu się tym zajmować i na pewno się na tym nie znasz. Znasz to?

Mój Wewnętrzny Krytyk powtarza mi: „nie masz czasu na pisanie bloga, są ważniejsze rzeczy w Twoim życiu”, „po co to piszesz i tak tego nikt nie przeczyta”, „to są takie oczywistości, że nie ma sensu, przecież wszyscy o tym wiedzą”. No i pojawiający się strach – „co sobie pomyślą bliscy, znajomi, że piszę”? Przez ostatni miesiąc nie wstawiłam ANI JEDNEGO tekstu. „C`mon! – pomyślałam sobie – przecież chciałaś pisać, o co Ci chodzi? Przecież to lubisz!”. I zaraz za tą myślą, że naprawdę pisać lubię, od razu pojawiły się te znane przekonania, które dobijały się do mojej głowy: że nie ma to sensu, że nigdy wcześniej tego nie robiłam, że to jest kiepskiej jakości, że nigdy nie zostanę top-blogerką mającą prawdy objawione dla świata. Przytłaczające i powodujące, że od razu zmieniałam sobie listę rzeczy do zrobienia, bo przecież znajdę coś pilniejszego i bardziej potrzebnego światu niż moje pisanie.

Stop, stop, STOP. S T O P.

A gdyby tak w końcu wejść w dyskusję z tym moim wiecznie krytykującym mnie głosem? Skąd się bierze takie myślenie o sobie samej? Czy ktoś kiedyś mi tak powiedział, czy wymyśliłam sobie to przekonanie sama? Chwila, chwila – przecież to są moje myśli i mam na nie wpływ – to odkrycie włożyło mi pewne stery do rąk. „No dobra – pomyślałam – ale przecież to jednak moje przekonanie, że piszę bez sensu albo robię coś n i e p r o f e s j o n a l n i e – to moja myśl. I jak już to w i e m, że tak już jest, to skąd to wiem?” – to pytanie było kluczowe. Postanowiłam zweryfikować, sprawdzić sobie w rzeczywistości, czy jestem tak beznadziejna w pisaniu jak o sobie myślę.

Dałam moje teksty do przeczytania – jedna koleżanka: „to jest super”, druga: „fajnie się to czyta”, kolega: „dobrze piszesz”, jeszcze inna zrobiła mi korektę stylistyczną i uznała, że jest dobrze. I nagle okazuje się, że jak się wystawiasz ze swoją twórczością to dostajesz konkretną informację zwrotną i zaczynasz żałować, że nie wpadłaś na ten pomysł lata świetlne wcześniej.

Tworzysz coś? Śpiewasz, tańczysz, tworzysz opowiadania, robisz zdjęcia, piszesz wiersze, szydełkujesz? Masz pasję i nie znajdujesz dla niej czasu, bo „przecież to pierdoła, i tak tego nikt nie przeczyta/usłyszy/zobaczy/znajdzie”, „przecież to nie jest takie ładne”, „nie mam w sumie na takie hobby czasu”… Twój Wewnętrzny Krytyk ma właśnie używanie – karmi się tym, że boisz się ocen innych, włącza Twoją perfekcyjność. Pomyśl sobie o tym, że każdy ma taki lęk przed pokazaniem czegoś, co jest bliskie serca, jest wyrażaniem naszej wrażliwości, co sprawia radość i chętnie wyżywasz się twórczo. Ale Krytyk to nie TY – to nie jest prawda o Tobie!

Zadaj sobie pytanie: czy fajnie jest mieć pasję, która nie sprawia Ci radości i nie wypływa z emocji? Brzmi beznadziejnie, prawda? Skoro są rzeczy, które lubisz robić, sprawiają Ci radość, to czemu tego nie robisz? Gdy mówisz o braku czasu dla swoich pasji, to myślę, że warto sobie ten czas po prostu zaplanować! Może nie jest to odkrycie roku, ale skoro planujemy różne przyjemności – wyjście do kina, spotkanie z przyjaciółmi, to może czas na śpiewanie czy szydełkowanie też dobrze zaplanować? Oczywiście Krytyk podpowie: „A co jak nie będziesz mieć weny we wtorki o godzinie 17:00?” i tutaj muszę Cię bardzo, ale to bardzo rozczarować: mityczna wena NIE ISTNIEJE. Natchnienie się też nie zdarza. Po prostu siadaj i zacznij to robić. Naprawdę. Jeśli uznajesz, że to dla Ciebie jest ważne, lubisz to, sprawia Ci to przyjemność i lubisz tak spędzać czas to siadaj, wstawaj czy jaką tam pozycję do tego przyjmujesz i zacznij to robić.

Jak rwie się do tego Twoje serce, to rób to. Choćby to było tylko siedzenie i zastanawianie się w tym zaplanowanym czasie jak coś namalować/zrobić/zaśpiewać. Jeśli będzie to 10 zdań wymyślonych przez 2 godziny, z których skreślisz 8 albo zrobisz rękaw swetra na drutach i trzeba będzie wszystko spruć w całkowitej frustracji to naprawdę był to dobrze spędzony czas. To nadal jest czas spędzony na pasji.

Pablo Picasso powiedział bardzo mądre zdanie: „Inspiracja istnieje, ale musi Cię zastać przy pracy”. I ja się tego od jakiegoś czasu trzymam.

Krytyk podpowiada Ci, że to, co robisz jest brzydkie/grafomańskie/nieidealne/nieprofesjonalne? Czy zatem wszyscy musimy pisać powieści jak Katarzyna Bonda, reportaże jak Mariusz Szczygieł, a malować jak Paul Cézanne? Jasne, że nie! Chodzisz po górach, ale tylko po Beskidach i porównujesz się z himalaistami? Biegasz, ale nie masz super butów i nie masz dobrego czasu na wyznaczonym dystansie i czujesz, że to jest bez sensu? Po pierwsze: trening naprawdę czyni mistrza, a po drugie: czy musisz być Usainem Boltem biegania albo Whitney Houston śpiewania?

Usain Bolt, 2016
Zdradzę Ci tajemnicę: nie wszyscy lubią śpiew Whitney Houston czy kryminały Bondy. Śpiewaj, pisz, biegaj, gotuj tak jak lubisz i tak jak chcesz: jak zaczniesz się tym dzielić to na pewno znajdziesz wkrótce swoich wiernych fanów i fanki tego, co robisz. Poza tym, wodzeni za nos historiami „amerykańskiego snu” wydaje nam się, że za konkretnym talentem pasją, powinna stać jakaś nagroda, prestiż i może w końcu pieniądze i sława. Sprowadzając Cię znów do rzeczywistości zadam Ci pytanie wspominanej już pisarki, Kasi Bondy: jeśli poświęcasz się swojej pasji i jest całym twoim życiem i to kochasz, to czy wyobrażasz sobie, że będziesz tworzyć nawet jeśli nie będzie Ci to przynosić żadnych korzyści finansowych, prestiżu, sławy? Jeśli czujesz, że to kochasz i robisz to nawet jeśli nie masz jakiegoś superowego sprzętu/pędzli/butów/urządzeń to jest to Twoja prawdziwa pasja – nie gaś tego!

I teraz najważniejsze pytanie, jeśli myślisz o swojej pasji, że raczej to bez sensu, nie przykładasz się, że to, co robisz jest nieprofesjonalne, że nie umiesz, że to strata czasu, to jeśli ta myśl jest prawdziwa, to co to o Tobie mówi? Co ta myśl mówi o całym Twoim życiu i Twojej przyszłości? Czy jeśli uważam, że jestem beznadziejna, bo piszę bloga i zabieram się za rzeczy, na których się nie znam to znaczy, że jestem beznadziejna tak w ogóle? Czy świat się zawali, a ja stanę się miss beznadziei jak napiszę coś co ktoś skrytykuje i uzna za badziew? Czujesz ten bezsens myślenia? Tak właśnie wytrącisz Krytykowi argumenty o Twoich umiejętnościach. To są przekonania, które mogą zabrać Ci to, co lubisz, nie karm tego. Zmień perspektywę: pomyśl z czego jesteś dumna/dumny w swojej twórczości, co najbardziej lubisz w swojej pasji i jak ona uzupełnia i zmienia Twoje życie? Ile fajnych, ciekawych rzeczy zdarzyło się dzięki temu w Twoim życiu? Co dzięki temu przeżyłaś/przeżyłeś?

Siądź dziś w fotelu ze swoim Wewnętrznym Krytykiem, zadaj mu (i sobie) te powyższe pytania, zaplanuj czas na rozwijanie swojego talentu, pasji. Wyciągnij zakurzoną gitarę, buty do biegania, szydełko, schowany plik z niedokończonym opowiadaniem czy włóczki. Znajdź ludzi wokół siebie, grupy dyskusyjne dla tych, którzy robią podobne rzeczy – to zwykle skarbnica wiedzy i dużo inspiracji. I motywacja, dużo motywacji!

A jeśli już zachęciłam Cię do zaplanowania czasu na to co kochasz, to podzielę się z Tobą moim odkryciem ostatnich tygodni – piosenką, dzięki której przeganiam mojego Krytyka w tym tygodniu i wyśpiewuję mu „don`t kill my vibe!”, czyli, żeby nie tłamsił, zabijał dobrej atmosfery mojej twórczości, w końcu ją po coś mam!

Polecam posłuchać i nucić kiedy pojawia się Krytyk. Działa!