Bez kategorii

Dla wspólnotowych „świeżaków”, czyli rozmowy o pogodzie ratują życie…

Na początku, kilkanaście lat wcześniej, uciekałam pospiesznie z moich pierwszych Spotkań Uwielbienia. Wolałam być nic nie mówiącą dziwaczką niż zaczynać jakieś rozmowy z obcymi ludźmi o pogodzie, pierdołach albo (wtedy) co gorsza, o rzeczach ważniejszych. „Spotkanie Uwielbienia to spotkanie z Bogiem, a nie z ludźmi” – tak myślałam. Przyjeżdżałam wtedy autobusem „na styk”, dosłownie chwilę przed rozpoczęciem spotkania, a wychodziłam kiedy spotkanie jeszcze trwało. Nie rozumiałam, jak te wszystkie pytania: „cześć, co u Ciebie?”, „co tam?” i „jak się masz?” będą mnie nawracać w moim myśleniu o tym, czym jest wspólnota i pozwolą budować lokalny Kościół.

Nikt nie staje na naszej drodze przez przypadek. Jako nastolatka zakładałam, że nie muszę wchodzić w relacje z ludźmi i budować swojego życia we wspólnocie, bo przecież chodzi o to, by dążyć do świętości, a modlitwa i rozwój duchowy to sprawa nadzwyczaj indywidualna i intymna i nie chcę się tym dzielić. Zapomniałam (albo i nie wiedziałam i trzeba mi się było nawrócić po kilku latach), że Bóg przychodzi w relacji z drugim człowiekiem i to moja decyzja, czy skorzystam z tej łaski czy nie. Wtedy nie skorzystałam – ale to właśnie kilka tych osób, które wytrwale zagadywały co tydzień, mówiły do mnie „cześć”, pytały jak na studiach i rozmawiały o pogodzie – to właśnie te, niby błahe i nieznaczące interakcje, stały się fundamentem do budowania zapuszczonego korzonka relacji we wspólnocie, w której raczkowałam duchowo. A po kilkunastu latach wróciłam i poczułam się jak w domu.

Susan Pinker, psycholożka, badaczka i pisarka, autorka książki „Efekt wioski. Jak kontakty twarzą w twarz mogą uczynić nas zdrowszymi, szczęśliwszymi i mądrzejszymi”, zwraca uwagę w swoich długoletnich badaniach na to, jak relacje z drugim człowiekiem, nawet te wydaje się nieznaczące i błahe w naszej codzienności, jakie jak pogaduchy przy wyprowadzaniu psa na spacer, spotkanie przy drzwiach z sąsiadką lub chwila rozmowy z „panem z piekarni”, mają znaczenie dla naszego zdrowia i życia.

Na kilkanaście różnych czynników odkrytych podczas licznych badań, wpływających na zdrowie i długowieczność, te, które mają największe znaczenie to kolejno: szczepienia (5. miejsce), nieposiadanie nałogów (niepicie alkoholu i niepalenie papierosów kolejno na 4. i 3. miejscu). Najbliższe, najgłębsze relacje – z tymi, których najbardziej kochamy, jedziemy do nich, gdy są w potrzebie w nocy o północy, to ich kłopoty, trudności zawierzamy w modlitwach w pierwszej kolejności – znalazły się na 2. miejscu. Jednak najważniejszym czynnikiem okazała się być tzw. „społeczna integracja”, czyli właśnie wyżej opisana zdolność do wchodzenia codziennie w interakcje z ludźmi, z którymi nie łączą Cię silne więzi emocjonalne. To stawia przed nami pytanie: z iloma ludźmi udaje Ci się porozmawiać w pracy, w szkole, na uczelni, na osiedlu? Czy wiesz jak ma na imię osoba sprzedająca Ci codziennie chleb czy kawę? Czy rozmawiasz z listonoszem? Czy znasz swoich sąsiadów i udaje Wam się ze sobą rozmawiać? Czy unikasz rozmów na przystanku, w autobusie, w pociągu, w parku? To właśnie te błahe, z pozoru nic nie znaczące rozmowy, mają największy wpływ na Twoje zdrowie i długość życia.

Przychodzisz na spotkania modlitewne do swojej wspólnoty i uciekasz chwilę przed zakończeniem? Stoisz pod ścianą i unikasz kontaktu wzrokowego? Nie wiesz co powiedzieć? Wiem, to strasznie krępuje – zacznij od uśmiechu – pierwszego lodołamacza relacji, zapytaj „co u Ciebie dobrego?” – daj drugiej osobie przestrzeń na opowiadanie o rzeczach, które są łatwiejsze do dzielenia, nikt nie chce zaczynać „z grubej rury”, o swoich kłopotach i trudnościach (choć jest to cecha narodowa Polaków i w tym narzekaniu też można się jednoczyć 🙂 ). Zapytaj o to, jak minął dzień, co dziś porabiała, jak przeżyła spotkanie modlitewne, rekolekcje, spotkanie czy warsztaty. I najważniejsze: robienie razem rzeczy zbliża ludzi! Zaangażuj się w życie swojej grupy – nic tak nie „robi roboty” w relacjach jak wspólne działania.

Twoja uważność, otwartość na drugiego człowieka przybliża Cię do istoty budowania Kościoła – jak chcesz realizować jego jedność, świętość, powszechność i apostolskość jeśli nie wiesz, z kim w tym Kościele jesteś, bo skupiasz się tylko na najbliższych? Jedna cegła nie zbuduje domu. Wspólnota – Twój lokalny Kościół daje Ci przestrzeń do inspiracji, mobilizacji, do kontaktu z drugim człowiekiem, co prowadzi Cię do świętości. Wspólnota ratuje Twoje życie. Zarówno psychiczne jak i to najważniejsze – wieczne.

 

W prezentacji TED, Susan Pinker wyjaśnia zdrowotne znaczenie kontaktu i relacji z drugim człowiekiem, którą można obejrzeć tu: https://www.ted.com/…/susan_pinker_the_secret_t…/transcript…

Bez kategorii

Czułość, namiętność i świeży oddech

Zadziwiam samą siebie, w jaki sposób z porannej rozmowy przy myciu zębów z uczestniczkami i organizatorkami Weekendu Alpha, w żartach, o tym, co jest najważniejsze w relacji z facetami, doszłam do takich refleksji, którymi się właśnie tutaj dzielę. Nagle z żartu sytuacyjnego wyszła mi przewrotna definicja relacji z Panem Bogiem. Zadziwieni?

Modlitwa to moja wiara w praktyce. Wiara w to, że On jest i w to, jaki On jest. To korzystanie z Łaski modlitwy, tego daru, który po prostu przychodzi. Nie przekładanie, użycie jej „tu i teraz”, kiedy właśnie została sprezentowana. To wtedy gdy wierzę, że Bóg przychodzi w tej relacji, którą z Nim buduję w pełni wolności i mówię mu „tak”. Całkowicie świadomie, choć tej Łaski moją logiką i moim rozumiem nie jestem w stanie ogarnąć. Wierzę, że mogę mieć indywidualną, bliską, wręcz intymną relację z Panem Bogiem i nie dość, że ja się mogę do Niego zwrócić, to on też daje mi Słowo.

w samotności

#czułość

Zwracam się do niego kiedy tylko potrzebuję, nie mam harmonogramu, w który muszę się wpisać, mogę to zrobić wszędzie, o każdej porze. On na mnie czeka zawsze. I chce żebym była blisko. Ja też mam to pragnienie, żeby był blisko tego wszystkiego, co jest we mnie: moich codziennych spraw, moich życiowych zagwozdek, moich emocji, żeby po prostu był. Kiedy ja robię podczas modlitwy mój codzienny serwis informacyjny, co u mnie i u tych, za których chciałabym się pomodlić, On pewnie się uśmiecha, bo i tak to wszystko wie i nie są mu potrzebne moje życiowe sprawozdania. Zostawiam potem te moje codzienne sprawy i chcę, żeby był ze mną, przy mnie. Żeby mnie przytulił do swojego serca, żeby mnie wziął w swoje ramiona, żeby pogłaskał po głowie. Żeby przytulił i powiedział: „bądź przy mnie, będzie dobrze” i to robi! To są wszystkie te wzruszające momenty mojej modlitwy, kiedy mam 100% jasności i pewności, że jest, że przychodzi, słucha i patrzy właśnie na mnie. To jest jego boska, doskonała czułość. Czekam na nią w każdej modlitwie.

#namiętność

Mogłoby się wydawać, że to słowo jest zarezerwowane dla opisywania takiej całkowicie ludzkiej namiętności i seksualności i wiąże się je głównie ze stanem odczuwania silnego i nieodpartego uczucia do drugiej osoby, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem. Przychodzi taki upragniony czas w modlitwie, kiedy całkowicie poddaję się temu, co On mówi i jak działa darami Ducha Świętego. Kiedy chce się skakać, śpiewać do zdarcia gardła, tańczyć i uwielbiać jak nigdy wcześniej. Kiedy idę za tym co On mi daje. Kiedy ta duchowa namiętność zawłada ciało, umysł i jest we mnie wtedy ogromna radość, wdzięczność i pokój. Brak słów, żeby ten stan opisać, ale przychodzi w swojej boskiej namiętności i mnie nią zniewala. Przychodzi w Słowie Bożym, które dotyka do głębi, przychodzi z darami Ducha Świętego, a nawet gdy przychodzi w ciszy, która mnie też pociąga. I trwamy w tym razem.

#świeżyoddech czyli higiena duchowa

A co ma do modlitwy świeży oddech? Jakoś można to pokleić z relacją z Panem Bogiem? Mycie zębów to jest taki nawyk, którego uczymy się bardzo wcześnie w dzieciństwie, rodzice nas okrutnie gonią i znamy skutki braku nawyków higieny jamy ustnej, często bardzo bolesne. Jako dzieci jesteśmy uczeni, kiedy, jak długo, w jaki sposób i czym myć zęby – ilu ludzi, tyle też pomysłów, która szczoteczka i która pasta jest najlepsza. Ale i tak najważniejsze jest to, że te zęby myjemy. Skutki znamy, te stomatologiczne jak i te społeczne – w społeczeństwie dość mocno możemy odczuć jak wykluczane np. towarzysko są osoby o wybrakowanym uzębieniu lub nieświeżym oddechu. I całe to dbanie o zęby wychodzi nam po prostu najzwyczajniej w świecie na dobre.

Czy dbasz o higienę swojej duszy? Skąd ta higiena duchowa jako ostatnia składowa modlitwy? Z modlitwą jak z myciem zębów – znalezienie swojej modlitwy, swoich słów, najbardziej znaczących fragmentów z Pisma Świętego, które są Twoim napędem w życiu, siłą do wszystkiego przed czym stajesz i z czym się mierzysz – to jest tak ważne, a zaniedbywane. Przyjrzyj się sobie i swojej modlitwie – najbardziej dogodnych porach, sposobach, to, jak to robisz i jak na Ciebie wpływa. Nie bez znaczenia jest systematyczność – staraj się modlić każdego dnia, sam zobaczysz, co przyniesie taki nawyk. Sama doświadczałam wielu frustracji, kiedy po nawróceniu przyklękałam do modlitwy i nie miałam zielonego pojęcia, co mam zrobić, żeby budować relację, a „klepanie” znanych tekstów modlitw w ogóle do mnie nie przemawiało, szukałam żywego Boga, prawdziwej rozmowy, taką jaką prowadzę z ludźmi. I w tej nieporadności, w tej niepotrzebnej złości On przychodził i podpowiadał. Zamykałam oczy i samo płynęło. Prosto z serca. Potem nauczyłam się obserwować samą siebie, kiedy, o jakiej porze najlepiej mi się modlić, jakie słowa są dla mnie słowami otwierającymi rozmowę z Bogiem. Każdy ma swoje tempo, swój pomysł na modlitwę, wynikający z Bożego prowadzenia, z łaski, z darów Ducha. Nie próbuj też nikogo przekonywać, że Twój sposób jest lepszy, to jest bez sensu, każdy z nas jest inny i każda indywidualna relacja z Bogiem jest jedyna i niepowtarzalna. Możesz się nauczyć tych samych treści modlitwy czy pieśni uwielbienia, ale nie pojmiesz rozumem, że każdy inaczej będzie się nimi modlić!

Szukaj Bożej czułości i namiętności i zobacz, co się zadzieje, jak zadbasz o higienę duchową jak o własne zęby.

Dziś zostawiam na koniec piękną opowieść o budowaniu relacji z Panem Bogiem i trwaniu w modlitwie w wykonaniu 12 kamieni. Piękne i intymne.

 

 

Śpiewam bo lubię Bez kategorii

Don`t kill my vibe, czyli śpiewam mojemu Krytykowi

Przymierzałam się do tego tekstu kilka razy. Za każdym podejściem mierzyłam się ze swoim Wewnętrznym Krytykiem. To jest ten głos w Twojej głowie, takie przekonania o sobie samej, które zniechęcają Cię do podejmowania działań, powodują, że zaczynasz się bać, złościsz się, smucisz i dochodzisz do wniosku, że to nie dla Ciebie, że nie ma sensu się tym zajmować i na pewno się na tym nie znasz. Znasz to?

Mój Wewnętrzny Krytyk powtarza mi: „nie masz czasu na pisanie bloga, są ważniejsze rzeczy w Twoim życiu”, „po co to piszesz i tak tego nikt nie przeczyta”, „to są takie oczywistości, że nie ma sensu, przecież wszyscy o tym wiedzą”. No i pojawiający się strach – „co sobie pomyślą bliscy, znajomi, że piszę”? Przez ostatni miesiąc nie wstawiłam ANI JEDNEGO tekstu. „C`mon! – pomyślałam sobie – przecież chciałaś pisać, o co Ci chodzi? Przecież to lubisz!”. I zaraz za tą myślą, że naprawdę pisać lubię, od razu pojawiły się te znane przekonania, które dobijały się do mojej głowy: że nie ma to sensu, że nigdy wcześniej tego nie robiłam, że to jest kiepskiej jakości, że nigdy nie zostanę top-blogerką mającą prawdy objawione dla świata. Przytłaczające i powodujące, że od razu zmieniałam sobie listę rzeczy do zrobienia, bo przecież znajdę coś pilniejszego i bardziej potrzebnego światu niż moje pisanie.

Stop, stop, STOP. S T O P.

A gdyby tak w końcu wejść w dyskusję z tym moim wiecznie krytykującym mnie głosem? Skąd się bierze takie myślenie o sobie samej? Czy ktoś kiedyś mi tak powiedział, czy wymyśliłam sobie to przekonanie sama? Chwila, chwila – przecież to są moje myśli i mam na nie wpływ – to odkrycie włożyło mi pewne stery do rąk. „No dobra – pomyślałam – ale przecież to jednak moje przekonanie, że piszę bez sensu albo robię coś n i e p r o f e s j o n a l n i e – to moja myśl. I jak już to w i e m, że tak już jest, to skąd to wiem?” – to pytanie było kluczowe. Postanowiłam zweryfikować, sprawdzić sobie w rzeczywistości, czy jestem tak beznadziejna w pisaniu jak o sobie myślę.

Dałam moje teksty do przeczytania – jedna koleżanka: „to jest super”, druga: „fajnie się to czyta”, kolega: „dobrze piszesz”, jeszcze inna zrobiła mi korektę stylistyczną i uznała, że jest dobrze. I nagle okazuje się, że jak się wystawiasz ze swoją twórczością to dostajesz konkretną informację zwrotną i zaczynasz żałować, że nie wpadłaś na ten pomysł lata świetlne wcześniej.

Tworzysz coś? Śpiewasz, tańczysz, tworzysz opowiadania, robisz zdjęcia, piszesz wiersze, szydełkujesz? Masz pasję i nie znajdujesz dla niej czasu, bo „przecież to pierdoła, i tak tego nikt nie przeczyta/usłyszy/zobaczy/znajdzie”, „przecież to nie jest takie ładne”, „nie mam w sumie na takie hobby czasu”… Twój Wewnętrzny Krytyk ma właśnie używanie – karmi się tym, że boisz się ocen innych, włącza Twoją perfekcyjność. Pomyśl sobie o tym, że każdy ma taki lęk przed pokazaniem czegoś, co jest bliskie serca, jest wyrażaniem naszej wrażliwości, co sprawia radość i chętnie wyżywasz się twórczo. Ale Krytyk to nie TY – to nie jest prawda o Tobie!

Zadaj sobie pytanie: czy fajnie jest mieć pasję, która nie sprawia Ci radości i nie wypływa z emocji? Brzmi beznadziejnie, prawda? Skoro są rzeczy, które lubisz robić, sprawiają Ci radość, to czemu tego nie robisz? Gdy mówisz o braku czasu dla swoich pasji, to myślę, że warto sobie ten czas po prostu zaplanować! Może nie jest to odkrycie roku, ale skoro planujemy różne przyjemności – wyjście do kina, spotkanie z przyjaciółmi, to może czas na śpiewanie czy szydełkowanie też dobrze zaplanować? Oczywiście Krytyk podpowie: „A co jak nie będziesz mieć weny we wtorki o godzinie 17:00?” i tutaj muszę Cię bardzo, ale to bardzo rozczarować: mityczna wena NIE ISTNIEJE. Natchnienie się też nie zdarza. Po prostu siadaj i zacznij to robić. Naprawdę. Jeśli uznajesz, że to dla Ciebie jest ważne, lubisz to, sprawia Ci to przyjemność i lubisz tak spędzać czas to siadaj, wstawaj czy jaką tam pozycję do tego przyjmujesz i zacznij to robić.

Jak rwie się do tego Twoje serce, to rób to. Choćby to było tylko siedzenie i zastanawianie się w tym zaplanowanym czasie jak coś namalować/zrobić/zaśpiewać. Jeśli będzie to 10 zdań wymyślonych przez 2 godziny, z których skreślisz 8 albo zrobisz rękaw swetra na drutach i trzeba będzie wszystko spruć w całkowitej frustracji to naprawdę był to dobrze spędzony czas. To nadal jest czas spędzony na pasji.

Pablo Picasso powiedział bardzo mądre zdanie: „Inspiracja istnieje, ale musi Cię zastać przy pracy”. I ja się tego od jakiegoś czasu trzymam.

Krytyk podpowiada Ci, że to, co robisz jest brzydkie/grafomańskie/nieidealne/nieprofesjonalne? Czy zatem wszyscy musimy pisać powieści jak Katarzyna Bonda, reportaże jak Mariusz Szczygieł, a malować jak Paul Cézanne? Jasne, że nie! Chodzisz po górach, ale tylko po Beskidach i porównujesz się z himalaistami? Biegasz, ale nie masz super butów i nie masz dobrego czasu na wyznaczonym dystansie i czujesz, że to jest bez sensu? Po pierwsze: trening naprawdę czyni mistrza, a po drugie: czy musisz być Usainem Boltem biegania albo Whitney Houston śpiewania?

Usain Bolt, 2016
Zdradzę Ci tajemnicę: nie wszyscy lubią śpiew Whitney Houston czy kryminały Bondy. Śpiewaj, pisz, biegaj, gotuj tak jak lubisz i tak jak chcesz: jak zaczniesz się tym dzielić to na pewno znajdziesz wkrótce swoich wiernych fanów i fanki tego, co robisz. Poza tym, wodzeni za nos historiami „amerykańskiego snu” wydaje nam się, że za konkretnym talentem pasją, powinna stać jakaś nagroda, prestiż i może w końcu pieniądze i sława. Sprowadzając Cię znów do rzeczywistości zadam Ci pytanie wspominanej już pisarki, Kasi Bondy: jeśli poświęcasz się swojej pasji i jest całym twoim życiem i to kochasz, to czy wyobrażasz sobie, że będziesz tworzyć nawet jeśli nie będzie Ci to przynosić żadnych korzyści finansowych, prestiżu, sławy? Jeśli czujesz, że to kochasz i robisz to nawet jeśli nie masz jakiegoś superowego sprzętu/pędzli/butów/urządzeń to jest to Twoja prawdziwa pasja – nie gaś tego!

I teraz najważniejsze pytanie, jeśli myślisz o swojej pasji, że raczej to bez sensu, nie przykładasz się, że to, co robisz jest nieprofesjonalne, że nie umiesz, że to strata czasu, to jeśli ta myśl jest prawdziwa, to co to o Tobie mówi? Co ta myśl mówi o całym Twoim życiu i Twojej przyszłości? Czy jeśli uważam, że jestem beznadziejna, bo piszę bloga i zabieram się za rzeczy, na których się nie znam to znaczy, że jestem beznadziejna tak w ogóle? Czy świat się zawali, a ja stanę się miss beznadziei jak napiszę coś co ktoś skrytykuje i uzna za badziew? Czujesz ten bezsens myślenia? Tak właśnie wytrącisz Krytykowi argumenty o Twoich umiejętnościach. To są przekonania, które mogą zabrać Ci to, co lubisz, nie karm tego. Zmień perspektywę: pomyśl z czego jesteś dumna/dumny w swojej twórczości, co najbardziej lubisz w swojej pasji i jak ona uzupełnia i zmienia Twoje życie? Ile fajnych, ciekawych rzeczy zdarzyło się dzięki temu w Twoim życiu? Co dzięki temu przeżyłaś/przeżyłeś?

Siądź dziś w fotelu ze swoim Wewnętrznym Krytykiem, zadaj mu (i sobie) te powyższe pytania, zaplanuj czas na rozwijanie swojego talentu, pasji. Wyciągnij zakurzoną gitarę, buty do biegania, szydełko, schowany plik z niedokończonym opowiadaniem czy włóczki. Znajdź ludzi wokół siebie, grupy dyskusyjne dla tych, którzy robią podobne rzeczy – to zwykle skarbnica wiedzy i dużo inspiracji. I motywacja, dużo motywacji!

A jeśli już zachęciłam Cię do zaplanowania czasu na to co kochasz, to podzielę się z Tobą moim odkryciem ostatnich tygodni – piosenką, dzięki której przeganiam mojego Krytyka w tym tygodniu i wyśpiewuję mu „don`t kill my vibe!”, czyli, żeby nie tłamsił, zabijał dobrej atmosfery mojej twórczości, w końcu ją po coś mam!

Polecam posłuchać i nucić kiedy pojawia się Krytyk. Działa!

Fot. Magdalena Noszczyk, Zebry z Parku Narodowego Hell`s Gate, Kenia. Bez kategorii

Bądź jak zebra!

„Zebra zabiera ze sobą paski wszędzie dokąd idzie.”

To jedno z masajskich mądrości, które poznałam podczas tegorocznej podróży do Kenii, które przyjęłam jako oczywistość. „Fajne, mądre”, pomyślałam i kupiłam w jednym z ulubionych turystycznych miejsc kartkę z wyciętą w niej zebrą i tym powiedzeniem. Zapomniałam o niej na dobrych kilka tygodni, w ferworze działań projektowych w Afryce Wschodniej, a potem w Suazi. I wróciła do mnie niedawno, przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy przeglądałam zbiór moich pocztówek, żeby wysłać życzenia bożonarodzeniowe do bliskich. Znów wpadła mi w ręce wycinana zebra z masajskim powiedzeniem, ale poruszyła mnie o wiele głębiej, w swej prostocie i mądrości.

Nie ma możliwości, by zebra pozbyła się swoich pasków, to biologiczna oczywistość. To jest jej atrybut, coś co ją określa, coś co powoduje, że nie jest koniem (należy jednak do rodziny koniowatych) czy osłem. Ma paski – to zebra. To jest jej natura. Nie zamaluje pasków, nie ściągnie ich, nie będzie galopować z kocem na grzbiecie by je ukryć, nie usunie ich operacyjnie jak niechcianego tatuażu czy blizny.

Zebra i jej paski to metaforycznie nasza natura, nasze przywary, nasze cechy, które próbujemy czasem zostawić w domu. Chcemy stworzyć dobre wrażenie w pracy, w szkole, na pierwszej randce, ważnym spotkaniu, przed rodziną. Gimnastykujemy się, żeby nasze zebrze paski nie wyszły na światło dzienne. Przykrywamy je udawanym uśmiechem, żartami, które do nas nie pasują. Ubieramy się w niewygodne ubrania, których zwykle nie nosimy, powstrzymujemy przed komentarzami, hamujemy łzy i trzymamy na wodzach swoją złość, strach, smutek. Wiemy kim jesteśmy, co przeżywamy, ale chcemy to ukryć, chcemy dobrze wypaść. Takie zachowania, przepełnione ogromnym lękiem przed brakiem akceptacji naszych pasków, naszej zebry – tego kim jesteśmy naprawdę – to wyzwanie naszych czasów. Nasze zdjęcia z filtrami na Instagramie, nasze profile na facebooku z przerobionymi starannie materiałami, szczęśliwe rodziny, uśmiechnięte dzieci – aniołki z sesji zdjęciowej, cały internetowy świat jest pełen zebr bez pasków. Tak bardzo boimy się odtrącenia, że postanawiamy zaprzeć się części siebie. Nosimy w naszych głowach przekonanie, że nie jesteśmy wystarczający, że nie wypada okazywać emocji, że lepiej być opanowaną, opanowanym. I potem, nie wiedzieć czemu, po rzekomo nienagannej prezencji i dobremu pierwszemu wrażeniu wpadamy w pułapkę, którą sami na siebie zasadziliśmy: trzeba będzie udawać dalej albo pokazać kim jesteśmy naprawdę i zaryzykować brak akceptacji. A ten strach zaczyna paraliżować jeszcze bardziej. I nim się obejrzymy, już pływamy po uszy w fałszywym obrazie samych siebie. Jak z tego można wybrnąć?

Noś swoje paski, bądź jak zebra, serio. Kłamstwo ma krótkie nogi i prędzej czy później prawda o tobie, twoje głęboko chowane cechy, których się wstydzisz wyjdą na jaw. I w najlepszym przypadku skończy się niechęcią do budowania relacji z tobą. Ciężar własnych przekonań o nas samych, które nosimy w swojej głowie warto skonfrontować z rzeczywistością – nasze cechy i przywary są nam potrzebne, naprawdę! Pomyśl o nich jak o czymś co cię broni i chroni. Jesteś nieśmiała? Może właśnie to chroni cię to przed zranieniami lepiej niż osoby wchodzące z rozpędu w relacje z ludźmi. Szybko się złościsz? Pokazujesz, co naprawdę czujesz i stawiasz od razu ludziom granice, żeby cię nie zranili. Jesteś introwertykiem? Starannie dobierasz znajomych i chronisz swój czas i energię na najbardziej wartościowe relacje.

Zebry posiadają paski, dzięki którym są widoczne z dalekich odległości i stają się łatwiejszym łupem. Z drugiej strony to właśnie te same paski utrudniają drapieżcom oszacowanie wielkości potencjalnego łupu. Ponadto paski chronią zebry przed krwiożerczymi gzami i muchami tse-tse, dla których zebra to czarno-biała plama, na której trudniej skupić wzrok. Coś, co wydawałoby się jej przekleństwem, chroni ją i daje szanse na przeżycie. Daj odpocząć swoim paskom, daj sobie możliwość bycia sobą. Bądź jak zebra, noś swoje paski.

Blog

Co kryje się pod powierzchnią?

Kawałek sera dla wygłodniałej myszy – chciałoby się rzec. Co to w ogóle za pytanie jest? Nie wiem jak Wy, ale ja nie znoszę egzystencjalnych patetycznych na siłę sentencyjnych pytań rzucanych od tak przed człowieka biegnącego przez życie. Idziesz sobie ulicą albo jesteś w swoim mieszkaniu, a tu puka do Ciebie ktoś, a najczęściej dwa „ktosie” i witają Cię pytaniem: czy zastanawiała się Pani nad sensem życia?
WTF? Wrażenie porównywane do pacnięcia w pokrywkę racjonalnego myślenia metalową łyżką.

Dość tych wstępów, do rzeczy.

Mam dziś urlop – mmm urlop dobra rzecz, odpocznę. I jak wyglądał ten mój urlopowy dzień w miłym okresie międzyświątecznym? Dziecię budzi mnie 6:00-6:30. Wstać trzeba szybko, bo Dziecię już chodzi, czym prędzej lecimy na nocnik jedną ręką gotując kaszkę, drugą ręką krojąc chleb na śniadanie dla mnie i dla Miłego. Znów nie ma nic do kanapki oprócz pasztetu, wrzucam więc fasolę do namoczenia na jakąś pastę. Ubieram Dziecię, po drodze też siebie. Maluję oko, i po szybkim śniadaniu jadę na zabiegi na złamaną rękę (taki to urok mam teraz). Po drodze tankuję, na zabiegach przeglądam w myślach lodówkę, czy jest z czego skleić obiad – uff, jest karp po Wigilii, coś się wymyśli. Chce mi się pić, mało piję, przez co mam złe wyniki, ale dobra, wytrzymam przecież. Po powrocie Miły z radością przekazuje mi Dziecię i odchodzi do swoich spraw (praca i inne zobowiązania), a my ogarniamy kuchnię, układamy klocki, nastawiamy pranie, zbieramy poprzednie. Denerwuję się, bo mam zaległości w pracy do nadrobienia, dziś muszę puścić zamówienie w Internecie, na mieście pare rzeczy wciąż odkładam do załatwienia. Nagle zrobiła się 13, obiad ciągle w proszku (nie licząc karpia). Nie piłam nic od rana. W moich uszach dzwoni słowo SLOW.

W dzisiejszym świecie, który narzuca nam szybkie tempo życia (życie slow staje się popularne, ale w praktyce mało chyba mamy ludzi, którzy tak żyją) wpadamy w pewien rodzaj bezmyślności lub totalnego natłoku myśli, co w konsekwencji nie pozwala nam na świadome podejmowanie decyzji i utrudnia prawidłowe ustawienie hierarchii w życiu. Chcemy mieć dużo, zrobić dużo, nastawieni jesteśmy na zadaniowość, efektywność i konsumpcjonizm. Biegniemy więc i w związku z tym zatracamy to co najważniejsze – nasze wnętrze, wiarę, rodzinę, relacje.

Co kryje się pod powierzchnią? Czego? No właśnie tego – codzienności wypełnionej po brzegi tak, że w ogóle nie myślisz o życiu. Zgodzisz się ze mną, że w głębi serca masz pragnienie czegoś więcej niż nowego telewizora i pełnej lodówki – czego? Powiem odważnie: na pewno Boga, pełnych, prawdziwych, szczerych i satysfakcjonujących relacji z innymi, pragnienie szczęścia i wolności wewnętrznej.

Drogi czytelniku, nie wiem jak się tu znalazłeś, ale trafiłeś do miejsca, w którym piszą ludzie nieustępliwie sprawdzający, czy to co jest pod powierzchnią ich decyzji, myślenia, działania i pracy jest – jakiego użyć tutaj słowa? – warte tego, by decydować, myśleć, działać i pracować. Nie znosimy banalnych odpowiedzi, nie dzierżymy obłudy wokół i w samych sobie, nie znamy recepty na całe zło świata, żyjemy nadzieją nie bycia ignorantami, poprzeczki zwykle stawiamy wysoko, jesteśmy porywczy, niespokojni i głodni życia przez duże ŻET. Ten blog ma być inny niż inne, ale nie łudźcie się – tworzą go zapaleńcy amatorzy więc super profeski nie będzie, ale nie będzie też byle czego.

Co nas łączy? BÓG. A przez niego 149 GODZIN – inicjatywa, dzięki której mamy nadzieję, że człowiek wejdzie w taki tygodniowy slow. Formy aktywności planujemy całościowo – nie jest ważna tylko sfera duchowości (chociaż dla nas jest najważniejsza, bo w Jezusie możemy mieć pełnię życia i tylko w Nim) – ale mówimy też o tym, jak ważny jest life balance, a więc zdrowe relacje, rozsądne traktowanie własnego ciała danego nam od Boga poprzez zdrowie żywienie, sport, dalej rozwój intelektualny, zawodowy, biznesowy, osobisty, rodzinny.

Na 149 jest czas.
Jest cisza i hałas i oba stany obudzą w Tobie przestrzeń.
Jest obraz i dźwięk i oba chcą Cię oderwać od tego, co znasz.
Jest kawa i książki.
Jest BÓG.